Tagi dla » Rozsypaniec «

Rozsypaniec 2010 /2/

Jeszcze parę letnich fotek z Bieszczadzkich Spotkań ze Sztuką „Rozsypaniec”. Zostały wykonane w drugim dniu muzycznych zmagań, które odbyły się na scenie przy „Restauracji Bieszczadzkiej” w Dołżycy. Na okrasę dwie miniatury z zestawu wierszy Arkadiusza Stosura, który zdobył drugą nagrodę w konkursie poetyckim „Rozsypane Strofy”.

miniatura bieszczadzka /34/
czas przetoczył się drogą
przez zieleń oko puścił
niebieskie jak niebo
i zauroczył. przez miękkość
traw szłaś świtem. w oczach
dopalał się błękit w ustach
ptaki wiły gniazda z westchnień
i okruchów. dopiero
na połoninie zaczęłaś drżeć.

miniatura bieszczadzka, cisna /5/
parę domów, rozmodleni ludzie
o twarzach z wiatru i słońca
i spokoju kamiennego. w dobroci
się ćwiczą, patrzą na garby
połonin, które strzegą drogi
do nieba. tu rozmawia się
z aniołami o świcie, w rosie
obmywa się twarz w południe
zwiastuje się nadejście burzy,
co oczyści i zbawi człowieka
idącego szlakiem suchych traw.

FOTKI

Rozsypaniec 2010 /1/

Mamy środek zimy, a my na przekór wrócimy do letnich klimatów bieszczadzkich i przypomnimy Bieszczadzkie Spotkania ze Sztuką „Rozsypaniec”. Wygrzebaliśmy z naszych zbiorów fotograficznych jeszcze trochę zdjęć z tej imprezy i przedstawimy je światu. „Rozsypaniec” 2010 roku odbył się w dniach 12-15 sierpnia, między innymi w Dołżycy, na terenie Restauracji Bieszczadzkiej, gdzie zostały zrobione wszystkie przedstawione fotki. Na scenie muzycznej wystąpili: Bieszczadzka Rodzinka Muzykująca, Wołosatki, Cisza Jak Ta, Do Góry Dnem, Yeskiezsirumem, Jolka Sip, Robert Kasprzycki, Michał Łanuszka, Trzech Barów. O szczegółach parodniowych zmagań ze sztuką, nie tylko muzyczną, można przeczytać na stronie organizatora, czyli stowarzyszenia „Moje Bieszczady„. Przy okazji tego wpisu zacytujemy jeden z wierszy Elżbiety Galoch, która zdobyła pierwszą nagrodę w konkursie poetyckim „Rozsypane Strofy”.

BIESZCZADZKIE KLIMATY

Przestrzenie gór wciągają w wieczną grę niedosytu.
To buczyna wokół poczerniałych bacówek
i oczerety przy wodopojach z beżowym oceanem traw.
Nosi się je w sobie, jak wielki kosz maślaków
albo wiązkę chrustu. Stają się przybytkiem pańskim,
w podświadomości wydrukowane
klątwą wrzosowisk i surowymi rzeźbami wędrowców,
sunących nićmi dukatów - w krainę biesów i czadów,
gdzie dzioby cerkwi
łamią chabrową taflę widnokręgu.

Klawiatury gontów
w gamach zbrązowiałych cieni zachodów,
omszałe murki i kamienie
zaplątane w purpurę chaszczy,
grają zieloną chwałę Stwórcy.
Alleluja drzewom, alleluja potokom.

FOTKI

Nocne szaleństwo

Jeszcze raz Tarnica, Halicz, Rozsypaniec, ale w jakże innym wydaniu. Młode dziewczę o imieniu Iza, ubździła sobie, że zobaczy bieszczadzki wschód słońca na Tarnicy. Do końca nie wierzyliśmy, że zrealizuje swój pomysł, choć wcześniej o tym wspominała, ale ta idea okazała się faktem. Gdy obudziliśmy się bladym świtem nie było ani Izy, ani jej „Skodzianki”. Do głowy nam nie przyszło, że pojechała do Wołosatego, aby zaatakować Tarnicę. Myśleliśmy, że jak zwykle chodzi w gumowcach po potokach i zbiera kamienie (o przepraszamy, skały). Szczęka nam opadła, kiedy Iza pojawiła się na Majdanie i opowiedziała o swoim wyczynie. Wszyscy byliśmy pod ogromnym wrażeniem, chociaż powinna dostać po dupie za to, że sama puściła się nocą po Bieszczadach. Oczywiście, jak sama mówiła, miała całe gacie strachu, bo każdy szelest wydawał się jej atakiem dzikiego zwierza, lub, o zgrozo, jakiegoś zboczeńca, tym bardziej, że wokół panowały egipskie ciemności, jak to w Bieszczadzie. Mimo wszystko gratulujemy wyczynu i po trosze zazdrościmy tego wschodu słońca. Z pewnością wrażenia będę jej towarzyszyły do końca życia. Wszystkie zamieszczone zdjęcia są zrobione przez Izę, bo innej opcji nie ma. A jest co oglądać.

FOTKI

Halicz, Rozsypaniec…

Po zejściu z Tarnicy (1346 m n.p.m.), uzupełnieniu zapasów wody ze źródła, skierowaliśmy się przez Przełęcz Goprowską w stronę Halicza (1333 m n.p.m.). Na szczęście turystów było już , jak na lekarstwo. Spotkaliśmy tylko kilka osób i chłopaka z gitarą, który najwidoczniej szukał twórczej weny wśród połonin. Podziwialiśmy dalej piękno otaczającej nas przyrody podjadając jagody, którym trudno się oprzeć, bo są dosłownie na każdym kroku. Zdobyliśmy Halicz, mały odpoczynek i marsz w stronę Rozsypańca (1280 m n.p.m.). Ponieważ czas uciekał, na szczycie zrobiliśmy kilka zdjęć i skierowaliśmy się ku granicy ukraińskiej do Przełęczy Bukowskiej. Stamtąd zaczyna się droga przez mękę, ponieważ ten kilkukilometrowy odcinek prowadzi starą drogą asfaltową. Po wielogodzinnej wędrówce po górach, żadna to atrakcja. Do Wołosatego dotarliśmy już o zmroku. Czuliśmy zmęczenie, ale też zadowolenie i satysfakcję, a po dwóch godzinach odpoczynku już snuliśmy plany dotyczące następnej wyprawy.

FOTKI